Przyjdźcie do Mnie wszyscy

StJohnsAshfield_StainedGlass_GoodShepherd_Portrait

„Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza”. Mt 9,35-36

Niedziela. Słoneczne popołudnie na polonijnym skrawku ziemi. Zapach trawy miesza się z aromatem bigosu, żurku i dymu znad grilla, w lodówkach schłodzone napoje… Chciałoby się wykrzyknąć – jak w raju! Czy do szczęścia potrzeba czegoś więcej? Owszem, bo przecież „nie samym chlebem żyje człowiek”. Dlatego z ołtarza polowego, gdzie za chwilę zostanie odprawiona msza święta dobiega dźwięk dzwonków i zaproszenie Pana Jezusa zaczerpnięte z ewangelii przypadającej właśnie na tę niedzielę: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni, Ja was pokrzepię”. Czy można nie skorzystać z takiego zaproszenia, wydaje się, że nie. Ale skoro nawet w biblijnym raju znalazł się szatan i udało mu się zakłócić harmonię, to czy teraz przegapi okazję, by zamienić skrawek polskiego nieba w polskie piekiełko?

Nie przegapił… Taka jest jego natura. Diabeł miesza w ludzkich umysłach siejąc wątpliwości, stawiając takie pytania, na które znalezienie odpowiedzi wymaga nieraz wysiłku, gdyż trzeba coś przeczytać, przeanalizować, wysłuchać drugiej strony, wykazać się obiektywizmem, uczciwością, a na to stać już nie wszystkich. Wielu ludzi zadowala się zatem półprawdą, która jest całym kłamstwem, byle była podana w sposób przekonywujący.

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy” – to oczywiste słowa Pana Jezusa, ale szatan sieje wątpliwość pytając, kto ma prawo tu i teraz zapraszać i działać w imieniu Jezusa? Kto ma prawo chrzcić, rozgrzeszać, karmić Chlebem eucharystycznym, wreszcie głosić Dobrą Nowinę o Bogu i Jego miłości do człowieka? Oczywiście ten, którego Chrystus namaścił: apostołowie i ich następcy – biskupi, kapłani, diakoni, jak również na swój sposób każdy ochrzczony. Wszyscy jesteśmy powołani, by udostępniać Chrystusowi swoje usta i ręce, bo tylko takie ma On dziś do dyspozycji i przez nas chce realizować swoje zbawcze dzieło wśród ludzi, którzy są „znękani i porzuceni jak owce nie mające pasterza”.

To także moja kapłańska misja, którą – choć nie bez błędów – staram się jednak wypełniać, tym bardziej, gdy ktoś mnie o to poprosi. „Nie mogę odrzucić łaski danej mi przez Boga” (Ga 2,21) Taki cytat miałem na obrazku prymicyjnym, gdy w 1991r. przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk (rzymskokatolickiego) biskupa Zdzisława Fortuniaka. 20 lat żyłem w zgromadzeniu zakonnym, pełniłem różne funkcje w parafiach i domach zakonnych, wiem dobrze ile w nich świętości i grzechu zarazem, doświadczyłem tego wszystkiego we własnym życiu. Poznałem ludzi i mechanizmy rządzące Kościołem na różnych jego szczeblach od Rzymu po symboliczną Kozią Wólkę i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Kościół z Eucharystią w centrum to najwspanialszy dar, jaki zostawił nam Chrystus. Kościół pozostaje piękny mimo, że ciągle go oszpecamy; Kościół jest święty mimo, że składa się z samych grzeszników; Kościół jest i pozostanie jeden, powszechny (katolicki), mimo szatańskich intryg dążących do podziału i zawłaszczenia, przyznania sobie cechy nieomylności, twierdzenia, że jest się w posiadaniu pełnej prawdy. Czyż nie przypomina nam to pokusy skierowanej już do pierwszych ludzi w raju: „będziecie jak Bóg”? Przecież tylko Bóg jest pełnią Prawdy i Dobra, a zatem nie musi z niczego się wycofywać, niczego nie musi zmieniać, poprawiać, za nic nie musi przepraszać, nie ma żadnych powodów do wstydu. Inaczej Kościół, który ciągle powinien się oczyszczać, reformować i powracać do źródeł, czyli na drogę wyznaczoną przez Jezusa w Ewangelii. Gdy członkowie Kościoła, zwłaszcza mający władzę, zapominają, że polegać ona powinna na pokornej służbie i obmywaniu nóg, natychmiast w to miejsce pojawiają się pycha i jej siostra arogancja, a to już jest wstęp do podziału, rozłamu, schizmy. Tak było w ostatnich latach XIXw., gdy ks. Franciszek Hodur wraz z delegacją wybrali się ze Scranton w Pensylwanii do Rzymu wioząc do Papieża Leona XIII prośbę podpisaną przez 5000 Polaków o przyznanie im tych samych praw, jakie miały inne narodowości. Papież nie spotkał się nawet ze „zbuntowanymi” Polakami. Gdy ks. Hodur powrócił do Ameryki i wbrew Papieżowi otoczył opieką duszpasterską swoich rodaków, został ekskomunikowany, czyli odłączony od jedności z Rzymem, tak powstał – mówiąc w wielkim skrócie – Polski Narodowy Kościół Katolicki.

Chrystus zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą Kościoła, przetrwa do końca świata. Natomiast jakie będzie jego oblicze, zależy w głównej mierze od nas, którzy go stanowimy. Piękny jest Kościół, gdy przypomina Jezusa rozmawiającego z celnikami i grzesznikami, gdy szuka każdej zagubionej owcy. Wielki jest Kościół, gdy w swej pokorze przyznaje się do popełnionych błędów, przypomina wówczas świętego Piotra płaczącego o świtaniu nad swoją zdradą. Jakże piękne i ważne w historii Kościoła było „Nabożeństwo Gojenia Ran” (15 lutego 1992, Scranton), podczas którego Przewodniczący Rady Papieskiej ds. Jedności Chrześcijan Edward Cassidy oraz Pierwszy Biskup Kościoła Narodowego John Swantek poprosili siebie wzajemne o przebaczenie i ślubowali, że podejmą prace nad pełnym przezwyciężeniem zaistniałych podziałów. Rok później podpisali deklarację o wzajemnym uznawaniu wszystkich 7 sakramentów, które mimo pewnych różnic nie dotykają jednak ich istoty i nie naruszają wspólnego Credo. Ogłosili wyraźnie, że narodowi katolicy mogą przyjmować sakramenty pokuty, komunii świętej i namaszczenia chorych z rąk kapłanów Kościoła Rzymskokatolickiego jeśli sami o nie poproszą i są do nich odpowiednio przygotowani. To samo dotyczy wiernych rzymskokatolickich, zgodnie z wytycznymi 844 kanonu Kodeksu Prawa Kanonicznego. (Więcej na ten temat na: www.ekumenizm.pl/religia/inne/dialog-miedzy-polskim-narodowym-katolickim-kosciolem/

Skoro można budować mosty zamiast murów, to trzeba je budować. Skoro można słuchać swoich zwierzchników deklarujących chęć pojednania, to powinno się słuchać i z pokorą sługi wykonywać co polecają, choć szatan bazując na niewiedzy, podpowiada co innego. Skoro św. Jan Paweł II oficjalnie naucza: „Różnorodność nie jest w żaden sposób przeciwstawna jedności Kościoła, ale raczej uwydatnia jego splendor, bardzo przyczynia się do wypełnienia jego misji” (Ut Unum Sint, n. 50), skoro od Soboru Watykańskiego II nie jesteśmy już nazywani „schizmatykami ani odszczepieńcami”, tylko „braćmi i siostrami”, to nazywanie nas dzisiaj „sektą” świadczy albo o całkowitej ignorancji nauczania Stolicy Apostolskiej albo skrajnej arogancji i pogardzie nie tyle wobec nas, ile wobec własnych zwierzchników. Czyż takie zachowanie nie jest właśnie sekciarskie? Warto pomyśleć nad słowami Papieża Franciszka, że „Kościół to szpital polowy dla grzeszników, a nie muzeum” Często odnoszę wrażenie, że jest tyle Kościołów Rzymskokatolickich i Papieży, ilu jest proboszczów, smutne to, a nawet żenujące. Natomiast odmawianie nam przymiotu „katolickości” świadczy o nieznajomości podstawowych pojęć języka kościelnego, odsyłam do pierwszego lepszego słownika pojęć eklezjalnych, katechizmu, elementarza. Nawet dzieciom powtarzam, by nie używali słów, których znaczenia do końca nie rozumieją, bo narażają się na śmieszność…

To prawda, że Polski Narodowy Kościół Katolicki nie ma pełnej łączności z Biskupem Rzymu, ale znając od wewnątrz obie wspólnoty, mam wrażenie, że jesteśmy często bliżej nauczania Papieża niż ci, którzy podlegają mu tylko formalnie. Można dyskutować jaka zależność jest głębsza, czy ta formalna, zewnętrzna, opakowana w habit i posługująca się rzymskimi pieczątkami, czy podległość duchowa, rzeczywista, stosowana w życiu. Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w przypowieści Pana Jezusa o dwóch synach wezwanych przez ojca do pracy w winnicy. Jeden formalnie zadeklarował, że pójdzie pracować a nie poszedł, drugi powiedział, że nie pójdzie, a w rzeczywistości to właśnie on poszedł, pracował i zyskał pochwałę. Jakże łatwo się pomylić w ocenie ludzkich decyzji i postępowań, tym bardziej, że nie mamy wglądu w sumienie bliźniego! Dotyczy to również pasterzy którzy nie powinni traktować wszystkich owiec jakby były ślepe, głuche i bezrozumne. Spójrzmy na Chrystusa Dobrego Pasterza, który ufa swoim owcom i zostawia im wolność, licząc się z możliwością podjęcia także tej złej decyzji, jak było w przypadku syna marnotrawnego. Skoro Bóg szanuje wolność swoich stworzeń, to jakim prawem my mamy ją odbierać czy ograniczać? Tylko najemnik posługuje się siłą, strachem, bo nie zależy mu na dobru owiec, najemnikowi chodzi o to, aby je strzyc, a nie karmić… Najemnik pyta – co ja mam z owcy, pasterz pyta – co owca ma ze mnie? Pasterz jest dla owcy, a nie odwrotnie. Gdy owca odchodzi, błądzi czy ginie, pasterz bierze na siebie wszystkie skutki, nie lamentuje, nie załamuje się, ale szuka aż znajdzie. Owce słuchają pasterza nie dlatego, że pokrzykuje i straszy piekłem. Strach odbiera człowiekowi wolność, poniża go i zamienia w niewolnika. To nie jest pedagogia Chrystusowa! Jezus nazywa nas przyjaciółmi i chce, byśmy szli za Nim w miłości, a nie w lęku. Tylko miłość i wszystko, co z niej wypływa są w stanie sprawić, że owce w sposób dobrowolny pójdą za pasterzem, do którego mają zaufanie. Myślę, że owcom nie chodzi o dorodne pastwiska, gdzie mogą się nakarmić i odpocząć, ale chodzi im głównie o poczucie bezpieczeństwa, że warto słuchać i iść tylko za tym, kto kocha.

W ten sposób wróciliśmy na zieloną trawę, piknik i zaproszenie Jezusa „Przyjdźcie do Mnie”. Pamiętajmy, iż Kościół Chrystusa jest większy niż jego ziemskie, przeniknięte ludzką pychą struktury. Budujmy jedność Kościoła podkreślając co nas łączy i nie zapominajmy o tym, co nas dzieli. Łączy nas Chrystus, dzieli pycha. Spróbujmy spojrzeć na siebie oczami Ukrzyżowanego, by nie zamienić Powszechnego Kościoła Chrystusowego w kościółek ani ogrodową kapliczkę, służącą do dekoracji, będącą elementem pięknego polskiego folkloru. Przywłaszczając sobie Jezusa na wyłączność mocno Go okaleczamy, pomniejszamy, degradujemy z roli Zbawiciela wszystkich do roli narzędzia w realizacji swoich przyziemnych celów. Widząc to, święty Franciszek z Asyżu przewraca się w grobie.