Rano, wieczór, we dnie, w nocy…

Nie wiadomo kto napisał poniższy wiersz – modlitwę. Znaleziono go w brewiarzu ks. bpa Życińskiego po jego śmierci. Nawet gdy to nie on był autorem tych słów, to z pewnością były mu bliskie, skoro trzymał je w swoim modlitewniku. Bliskie są także mojemu sercu i myślę, że po przeczytaniu, staną się bliskie wielu z was…

 Gdy budzę się rano,

mówię…

jak celnik Zacheusz będę rozdawać,

jak Szymon będę nosić krzyże innych,

jak Weronika będę ocierać twarze,

jak Szczepan dam się kamienować,

jak Jezus na krzyżu będę przebaczać,

jak Franciszek będę kochać.

 

Wieczorem spoglądam w lustro…

widzę…

Adama, który dopiero co zjadł owoc,

Kaina, który dopiero co zabił,

Judasza, który dopiero co zdradził,

Piotra, który dopiero co się zaparł,

Piłata, który dopiero co obmył ręce

i zasypiam na mokrej od łez poduszce.

 

A w nocy przychodzi Jezus i pyta:

“Miłujesz Mnie?”…

 

I co? Utożsamiacie się? Ja tak. Oczywiście nie dosłownie, ale przecież poezja ma swoje prawa. Gdybym ja miał opisać swoje przeżycia w tym zakresie, wykorzystałbym pewnie metaforę sceny teatralnej i wyglądało by to mniej więcej tak: Każdy dzień mojego życia to jakby zupełnie nowy dramat, w którym dobro zmaga się ze złem. Niektóre wątki trwają latami, inne krócej, są też jednodniowe, nawet chwilowe. Wiele z nich bywa do siebie podobnych, jednak większość jest niepowtarzalnych. W przedstawieniu uczestniczy wiele osób, są postacie pierwszo-, drugo–, trzecioplanowe, ale zawsze główną rolę odgrywam ja sam. W swoim życiu jestem przecież niezastąpiony, to ja jestem reżyserem, to ja zasługuję na owację lub wygwizdanie. Nie mam zmiennika, dublera, kaskadera ani nawet suflera, który mógłby mi coś podpowiedzieć, bo przecież nie istnieje wcześniej przygotowany scenariusz; muszę improwizować, tworzyć go na bieżąco. Nie ma zatem prób i nie będzie możliwości powtórki w razie jakiejś wpadki. Każdy wschód słońca odsłania kurtynę i oświetla scenę, na której przez kilkanaście najbliższych godzin będę prawdziwym twórcą, dlatego chciałbym być artystą i stworzyć postać na wskroś szlachetną, zachwycającą, świętą. Tylko wtedy warto żyć. Rano nie przewiduję żadnych kompromisów ze złem, „moja wyobraźnia to kawałek deski, za cały instrument mam drewniany patyk, uderzam w deskę, a ona odpowiada: tak – tak, nie – nie” (Z. Herbert „Kołatka”). Około południa widzę siebie i cały świat już w nieco innym świetle. Na scenie obok mnie pojawili się inni, nie są to bohaterowie z moich marzeń; patrzą na mnie zakrawionymi oczyma, ukrywają coś za plecami i zaciskają pięści. Ponadto na scenę włażą persony prosto z pierwszych stron gazet, które zarządzają tym światem, a za nimi pchają się całe rzesze zwyczajnych idiotów, którzy myślą, że wszystko im wolno tylko dlatego, że stanowią większość. Odruchowo budzi się we mnie duch walki, ale szybko stwierdzam, że ich przewaga liczebna jest zbyt wielka, są po prostu silniejsi, ramiona dłuższe, języki bardziej jadowite, a ciosy paraliżują mocniej niż można się było spodziewać. Mimo wszystko walczę, pamiętam o słowach Cz. Miłosza: „Nie jesteś jednak tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach. I, jak zwykł mawiać już kto inny, możesz, więc wpłyń na bieg lawiny. Łagódż jej dzikość, okrucieństwo, do tego też potrzebne męstwo”. Chcę być mężny, dlatego staram się łagodzić, chronić, ocalić, przynajmniej najbliższych i siebie. Przypominam trochę patriarchę Noego, który buduje arkę przed straszliwym potopem… Niestety, na scenę, a właściwe we mnie, wkracza zmęczenie, zwątpienie, dochodzi do głosu tzw. rozsądek, który podpowiada, że i tak wszystkich nie uratuję. Pojemność mojej arki jest ograniczona, w pewnej chwili trzeba ją zamknąć, wody zła podnoszą się szybko, trzeba podnieść kotwicę i odpłynąć, bo inaczej nie uratuję nikogo, nawet samego siebie. Odpływam, a właściwie dryfuję ponad całym dramatem aż do zachodu słońca, kiedy woda opada i można spokojnie wyjść nas suchy ląd, zasiąść wygodnie przed telewizorem, który poda bilans ofiar dzisiejszego potopu. Czas wreszcie, by wznieść dziękczynny toast za szczęśliwe ocalenie i napić się w końcu czegoś schłodzonego. Najlepiej z dala od lustra… Niestety, gdzieś z głębin znów dobiega „suchy poemat moralisty tak – tak, nie – nie”. Wieczorem pytania konkretyzują się w oparciu sceny mijającego dnia: gdzie jest twój brat Abel, dlaczego byłeś obojętny, dlaczego uciekłeś, dlaczego przemilczałeś, dlaczego zraniłeś, dlaczego, dlaczego, dlaczego? Prosta drewniana kołatka podsumowywuje: nie byłeś świętym, byłeś świętoszkiem.

Na scenie gaśnie światło, zapada noc. Choć nie zalały mnie wody zewnętrznego potopu, zalewają mnie pot i łzy; czyż można zatonąć  w taki sposób? I wtedy pojawia się On. Wyciąga rękę jak do tonącego na jeziorze Piotra. Nie zadaje żadnych pytań i nie czyni wyrzutów. Nie skarży się na mnie, nie obraża, nie podnosi głosu, nie łamie trzciny nadłamanej i nie gasi knotka o nikłym płomieniu. Nie stawia żadnych warunków, nawet nie pyta – „czy miłujesz Mnie?” On wszystko wie. Wie, że Go kocham. Nieśmiało podnoszę głowę i znowu obiecuję, że jutro zacznę wszystko od nowa.

– Panie, jutro będzie naprawdę inaczej, jutro już na pewno Cię nie zawiodę, nie ucieknę, nie zwątpię, pójdę Twoimi śladami, oddam Ci do dyspozycji moje serce i umysł, ręce i usta, weź wszystko, całe moje życie… Tylko pozwól mi doczekać poranka.