Serce, głowa i coś jeszcze

 

murillo-adoration-des-bergers-1668Patrzę na żłóbek, Dziecko, Matka, Józef, aniołowie, pastuszkowie ze zwierzętami. Prostota. Urzekająca prostota, której nie da się opisać, bo każde ewentualne słowo zburzy ten urok. Lepiej trwać w niemym zachwycie adoracji, patrzeć, słuchać i zaniechać wszelkich spekulacji, aby niczego nie zepsuć. Jedyne, co ciśnie się na usta, to wołanie poety: trwaj chwilo, trwaj, jesteś taka piękna, dziś tylko głupcy śpią!
Wiem, że to sentymentalne, ale nie nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą raczej ci, którzy nie przeżywają żadnych wzruszeń, mocniejsze bicie serca odczuwają tylko biegnąc do autobusu, a łzy z oczu wyciska im jedynie mroźny wiatr. Wzruszam się, więc jestem! Kto nie umie ulegać nastrojowi chwili, zabił w sobie jedną z piękniejszych ludzkich cech; „zabił”, bo na pewno mając lat kilka umiał podskakiwać z radości a ze złości zgrzytać zębami. Z drugiej strony, nie chce mi się wierzyć, że można siebie tak mocno okaleczyć; przecież takie emocjonalne kalectwo jest chyba gorsze niż utrata ręki, nogi czy oka. Gdy patrzę na twardzieli, nieczułych, zimnych i odpornych na wszystko jak kamienie pod Niagarą, jestem skłonny jednak twierdzić, że to nie tyle niedwracalne kalectwo, ile raczej gra, maska, za którą ukrywa się ciągle wrażliwy człowiek, potrafiący nadal szczerze się śmiać, płakać, kochać, tęsknić, wzruszać i ulegać nastrojom, choćby tym wigilijno – choinkowo – kolędowo – pasterkowym.
Wracam do żłóbka i zdaję sobie sprawę, że przeżywanie świąt TYLKO na płaszczyźnie nastroju, to również bolesne okaleczenie własnego człowieczeństwa, świąt zresztą także. Przecież człowiek to nie tylko serce, ale i rozum. Myślę, więc jestem! Nie wiem, jakie kalectwo byłoby większe: serce bez rozumu, czy rozum bez serca? Nie wiem i nie chcę tego sprawdzać, nie chciałbym być inwalidą. Dziękuję Bogu, że obdarował mnie zarówno jednym jak i drugim. Patrzę na żłóbek i czuję nie tylko mocniejsze bicie serca, ale odczuwam także napływ przeróżnych refleksji i pytań domagających się kategorycznych odpowiedzi. W ten sposób modli się mój rozum, niech i on ma swoje święta, niech składa hołd swemu Stwórcy. Kiedy, jeśli nie u stóp Dzieciątka ma zadawać pytania, dociekać, drążyć, szukać a nawet wątpić? Bez pytań, nie urodzi się żadna odpowiedź; bez wątpliwości nie zrodzi się autentyczna wiara. Jak złoto oczyszcza i próbuje się w ogniu, tak wiarę próbuje się i oczyszcza w ogniu trudnych pytań. Dlatego lubię patrząc w żłóbek pytać: Jak to możliwe, że „ma granice Nieskończony”? Kim naprawdę jesteś małe Dziecię? Kim dla Ciebie jestem ja? Czy mnie widzisz, słyszysz, czy rozumiesz wszystko, co przeżywam? Pytanie rodzi pytanie, napięcie rośnie i rośnie. Czuję jak zbiera się we mnie burza, a jeśli burza, to i błyskawice. Lubię te gwałtowne rozbłyski światła w mrokach mojej głowy, po których następuje błogi pokój i głęboka cisza… aż do następnej burzy.
Wiem, że wiara jest przede wszystkim darem Boga. Umiejscowiona gdzieś między głową a sercem jest darem bodaj najcenniejszym, bez niej moje człowieczeństwo byłoby chyba najbardziej okaleczone. O tak, pogrążyłbym się w bolesnych, niezrozumiałych męczarniach, gdyby nie łaska wiary. Wierzę, więc jestem! To prawdziwe światło z Nieba, to najprawdziwsza betlejemska gwiazda, która oświecała drogę mędrcom aż doprowadziła ich do celu, potem pokornie skłoniła ich głowy i sprawiła, że złożyli Jezusowi dary, po czym inną drogą wrócili do swoich domów. Tak już jest, że wiara albo wywiera wpływ na ludzkie życie, albo nie jest prawdziwą wiarą, lecz tylko jej karykaturą.
Usiłuję tu pisać, że nasze człowieczeństwo może być na różne sposoby poranione. Skostniałe serce, ograniczony rozum, chwiejna wiara, a może wszystko jednocześnie, może wszystko po trochu, kombinacji jest tyle, ilu ludzi. Człowiek ze swej istoty jest ranliwy, a więc harmonia, piękno i dobro, z którymi przychodzi na świat, są w nim nieustannie zagrożone. Pan Bóg o tym doskonale wie, przypomnę tu tylko przypowieść Jezusa o polu pszenicy, na którym ktoś zły nasiał chwastów. Dary Boga, o których dziś piszę, mogły się więc w człowieku po prostu nie rozwinąć bo nie miały odpowiedniego środowiska, w dziecinstwie zabrakło na przykład miłości najbliższych, dobrego wzoru, przykładu, zachęty. Bywa i tak, że nawet to, co już urosło i budziło podziw, z biegiem czasu skarłowaciało. Jeśli nie pielęgnujesz, nie szanujesz, to nawet najdorodniejsza roślina zdziczeje, a potem uschnie, zamieniejąc się w kompost, czy jak kto woli – w gnój, co nie znaczy, że dla Boga sprawa na tym się kończy. Pamiętamy los Łazarza, który nie tylko umarł, ale zaczął już wydawać ten charakterystyczny zapach.
O ile człowiek może się stać nieludzki i do takiego stanu przywyknąć, o tyle Bóg nigdy się z tym nie pogodzi, nie zmęczy się i nie znudzi w przywracaniu człowiekowi jego pierwotnego uroku. Betlejemskie święta to urodziny Człowieka pięknego, pełnego, doskonale zharmonizowanego, a nade wszystko dobrego. Oto przychodzi na świat człowieczeństwo najwyższej próby. Za takim człowieczeństwem tęsknię, takie chciałbym posiadać i nim promieniować. Widzę, że jeśli niedomaga we mnie choćby tylko jeden jego element, obojętnie czy będzie to serce, rozum, wiara, wola, czy jeszcze co innego, to cały jestem „niedoczłowieczony” i potrzebuję jakiegoś ratunku, pomocy, lekarza. W adwencie modliłem się, by otworzyły się niebiosa, a ziemia wydała Zbawiciela. Nastała wreszcie święta noc, cicha noc, najcichsza ze wszystkich, tak cicha, że słyszę szelest własnych myśli i jeszcze jeden delikatny głos:
Człowieku, słyszę cię, widzę cię i doskonale rozumiem! Dobrze, że tu przyszedłeś, właściwie to Ja przyszedłem do ciebie! Jesteś szczęściarzem, bo może ci pomóc jedynie ktoś, kto cię zna i kocha jednocześnie. Nikt cię nie zna i nie kocha bardziej niż Ja. Ja stworzyłem twe serce, utkałem je osobiście, dlatego tylko Ja mogę być twoim „kardiologiem”. Jestem również najlepszym „neurologiem”, znam na wylot każdy twój rozedrgany nerw i zwój twojego pokręconego umysłu. Nade wszystko jestem twoim najlepszym przyjacielem i serdecznym bratem, o czym zbyt często zapominasz. Więc dobrze, że przyszedłeś! Mogę cię uzdrowić, a nawet wskrzesić, tylko musisz mi na to pozwolić, wysłuchać i posłuchać. Jako twój najlepszy przyjaciel a zarazem osobisty lekarz, muszę ci najpierw powiedzieć co ci naprawdę dolega. Otóż, twoim głównym schorzeniem nie jest ani chore serce ani słaby umysł, ale… wątłe kolana! Nie pogniewam się, jeśli Mnie nazwiesz „reumatologiem”, ale znam się na tym i musisz przyznać, że choć twoje kolana zginają się płynnie i nawet cię za bardzo nie bolą, to są w pewnym sensie sparaliżowane, bo nie porafią jednego – klęczeć. I to jest twoja choroba główna, wszystkie inne zaburzenia są tylko skutkami i powikłaniami tej pozornie niegroźnej dolegliwości. Lekceważyłeś to przez długie lata, myślałeś, że kolana służą tylko do chodzenia i uprawiania sportów, a nie wiedziałeś, że twoje stawy kolanowe dopasowane są do podłogi w twoim pokoju, zadbałem gdy cię stwarzałem. Zapamiętaj, że zgięte i przylegające do podłogi kolana to cudowny kanał, przez który dostarczam twemu człowieczeństwu życiodajnej energii i upragnionej harmonii. Uklęknij w ciszy i nie wstydź się. Otwórz swe serce na moją miłość, przebaczenie i inne łaski. Chcę urodzić się w tobie. Pragnę wypełnić najgłębsze zakamarki twojego wnętrza. Trwaj w tej postawie i nie patrz na zegarek. Trwaj, aż głowa skłoni się ku podłodze. To nie będzie zmęczenie, ale objaw pokory i wdzięczności. Gdy wstaniesz, będziesz piękniejszym człowiekiem.