Niebo, nie tylko gwiaździste; prawo, nie tylko moralne

justice statue

Uczestniczyłem kiedyś w pogrzebie groźnego gangstera. Trafiony kilkoma kulami zginął w czasie ulicznych porachunków międzymafijnych. Śmierć jak śmierć, każda jest przecież w jakimś sensie tragiczna, ale pogrzeb był dla mnie przeżyciem wyjątkowym…

Na cmentarzu pojawiło się mnóstwo kolegów „po fachu” zabitego Marka, brata mojej znajomej. Czerń żałoby mieszała się z czernią okularów i długich skórzanych płaszczy, pod którymi moja wyobraźnia ożywiona scenami z gangsterskich filmów, widziała naładowane i gotowe do użycia karabiny. Atmosferę podgrzewał kolega ksiądz prowadzący całą ceremonię, mówił mniej więcej takie słowa: „Pracuję w wymiarze sprawiedliwości (był kapelanem w więzieniu) i wiem, że jest on z wielu powodów niedoskonały, ale chcę powiedzieć zabójcy, który być może jest nawet teraz wśród nas, a jeśli go tu nie ma, to mu przekażcie: Człowieku, istnieje jeszcze inny Wymiar Sprawiedliwości! Działa niezawodnie i skutecznie! Istnieje Sędzią, przed którym nigdzie się nie ukryjesz ani niczym Go nie przekupisz! Staniesz przed Nim niezależnie, czy w Niego wierzysz czy nie! Będziesz sprawiedliwie osądzony i odpowiesz za swój czyn!”

Opuszczałem cmentarz z przekonaniem, że ciąg dalszy tej sceny musi rzeczywiście nastąpić, niczym ostatni odcinek sensacyjnego serialu, kiedy rozwiązują się wszystkie zagadki i wychodzą na jaw ukryte a ważne okoliczności tworzące dramaturgię filmu. Gdy wreszcie sprawiedliwość zwycieża, zło zostaje powstrzymane, a jego sprawcy ukarani, pojawia się w nas jakaś ulga, czujemy satysfakcję. Wynika to z tego, że przyszliśmy na ten świat z wrodzonym poczuciem sprawiedliwości, aby oddać to, co się komu słusznie należy. To prawo natury, wspólne wszystkim ludziom, niezależnie od wychowania.

Poczucie sprawiedliwości dochodzi do głosu jeszcze mocniej, gdy krzywda dotyka nas osobiście. Nie musi być to jakaś widowiskowa zbrodnia, wręcz przeciwnie. Bywa, że jest dokonywana stopniowo, etapami, nieraz na przykład zza biurka, w białych rękawiczkach a nawet w majestacie ułomnego prawa. Nie pozostawia po sobie żadnego śladu poza cierpieniem, buntem i poczuciem bezradności wobec sprawcy. Nie słychać strzałów na ulicy i nie leje się krew, ale skutki w postaci bólu i cierpienia są takie same. Arogancja, nieuczciwość, wszechobecne ułady i manipulacje czynią z nas przedmioty, rzeczy, siłę roboczą, swoistych niewolników. Spotykamy się z tym wszędzie: w pracy, w szkole i na wszystkich poziomach różnorakich organizacji. Nie pomaga nawet to, że sprawców zła często znamy z imienia i nazwiska; nie pomaga, bo znamy też najczęstszy przydomek tych ludzi, który brzmi „Nietykalny”. Teoretycznie można dochodzić sprawiedliwości, ale w praktyce osoby mające nas bronić, też są najczęściej w coś uwikłane, a jeśli są nezależne, są z reguły nieudolne, mierne i bierne bądź po prostu przekupne i za kilka srebrników sprzedadzą własnego brata, a cóż dopiero rodaka. Najgorsze jednak wydaje się to, że do takiej sytuacji przyzwyczailiśmy się i przestała nam przeszkadzać, nielicznych ludzi domagających się elementarnej uczciwości traktujemy jak dziwaków, oszołomów lub odsyłamy do psychiatry. Prostota praw mających regulować relacje międzyludzkie została wyparta przez prostactwo i cynizm. Prawda (a za nią i prawo) nie zależy już od samej prawdy, ale od widzimisię decydenta, ewentualnie większości głosujących. W praktyce oznacza to, że prawo stanowią nie ludzie dobrzy i mądrzy, lecz bardziej przekonywujący, skuteczniej posługujący się mediami. Nieważne co mówią, wystarczy, że mówią ładnie, kolorowo i głośno. Dobre już nie jest to, co jest dobre zawsze i wszędzie, ale co komu odpowiada w danej sytuacji, co jest wygodne, przyjemne lub przynosi jakąkolwiek korzyść. Ludzkość popadła w pułapkę etyki sytuacyjnej uznając, że prawda i dobro są względne, zmienne i podlegają upodobaniom większości. Sami pogrążamy się w bełkocie aforyzmów i przyjemnie brzmiących pustych haseł, umów, których nie trzeba przestrzegać i obietnic, których można nie wypełniać, bo przecież są względne, zawsze można je zmienić i ustalić nowe. Niestety, świat budowany bez fundamentu absolutnej prawdy i dobra budzi w nas na dłuższą metę lęk. Czujemy się w nim obco, nieswojo, a zatem niebezpiecznie, co z kolei rodzi agresję, pogardę i staje się źródłem wszelakich rozłamów, napięć i walk, zarówno w skali mikro jak i makro. Jedynym ratunkiem dla współczesnego człowieka i świata wydaje się powrót do uszanowania wartości podstawowych, jakimi były, są i pozostaną na zawsze – prawda, dobro i piękno.

Wracając do poczucia sprawiedliwości, najmocniej odzywa się w nas ono w sytuacji, gdy to nie ktoś krzywdzi nas, ale gdy my krzywdzimy innych ludzi. Jeśli brzmi to mało przekonywująco, to trzeba powiedzieć wyraźniej – gdy ja krzywdzę drugiego człowieka. Ta liczba pojedyncza jest tu bardzo ważna, bo często usprawiedliwiamy się tłumacząc, że wszyscy tak żyją, taki jest świat, więc i ja jestem taki. Ten mechanizm obronny wyraża się właśnie w języku, gdy stosujemy wobec siebie liczbę mnogą lub używamy bezosobowego zaimka „się”. Się pomyślało, się zrobiło, się powiedziało itd. Z jednej strony potwierdzam swój udział w danym czynie, ale jednocześnie sugeruję, że to nie ja jestem jego rzeczywistym sprawcą. Skoro nie ja jestem autorem swoich myśli i czynów, nie mogę za nie odpowiadać, nie oceniajcie mnie i nie osądzajcie, jestem niewinny! Jednakowoż, tak skonstruowana psychologiczna ucieczka przed odpowiedzialnością tylko potwierdza, że w głębiach mojego jestestwa istnieje niezależne ode mnie moralne prawo, które mimo wszystko osądza moje własne czyny. Słyszę w sobie ascetycznie prosty głos, który przemawia do mnie mówiąc: dobro-zło, prawda-kłamstwo, tak-tak, nie-nie. Znamy skrzydlatą myśl Kartezjusza: „Dwie rzeczy wzbudzają we mnie podziw – niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Jednak prawo moralne we mnie, przewyższa niebo gwiaździste nade mną”.

Bez trudu odkrywam w sobie istnienie tego prawa, ale i bez większego kłopotu mogę to prawo w sobie złamać, postępować wbrew niemu. Czuję wtedy, że dokonuję gwałtu na swej naturze, burzę jakąś harmonię i ład, wiem, że tak robić nie wolno, a mimo wszystko to robię. Pojawiają się wyrzuty sumienia zabierając mi radość życia, domagając się jednocześnie, abym popełnione zło jak najszybciej naprawił. Nie mogę tego wewnętrznego głosu łatwo oszukać, zagłuszyć; niestrudzenie odzywa się i domaga, bym przeprosił i zadośćuczynił. O ile słowo „przepraszam” przechodzi mi przez gardło stosunkowo łatwo, o tyle naprawienie zła bywa trudniejsze, a często jest z różnych względów wręcz niemożliwe. Nie mogę przecież cofnąć czasu i przywrócić pokrzywdzonemu ani jednego zniszczonego dnia, nawet jednej godziny. Odnoszę wrażenie, że wraz z upływem czasu nienaprawione zło zatacza coraz szersze kręgi, podobnie jak mały kamień powoduje niekiedy wielką lawinę, czy też niewielki niespłacony kredyt w banku uruchamia olbrzymie i trudne do spłacenia odsetki. Pojawia się pytanie – co dalej?

Czyżbym miał odejść z tego świata bez naprawdę sprawiedliwego sądu, bez usłyszenia wyroku a następnie naprawienia wszystkiego, co zepsułem i poniesienia kary, na którą zasłużyłem? Nie umiem i nie chcę się na to zgodzić. Skoro domagam się sprawiedliwości od innych, domagam się jej również dla siebie. Mam wielką nadzieję, że Stwórca praw rządzących zarówno gwiazdami jak i moim sercem osądzi mnie sprawiedliwie. Liczę jednocześnie, że da mi możliwość pokuty, czyli poniesienia konsekwencji moich złych czynów, których z różnych powodów nie poniosłem żyjąc na tej ziemi, bo faktycznie ziemski wymiar sprawiedliwości doskonały nie jest. Skoro Stwórca wszczepił we mnie to wielkie pragnienie sprawiedliwości, wierzę, że znajdzie również sposób na zaspokojenie tego pragnienia. Dlatego wierzę, że między ostatnim ziemskim odcinkiem tego dramatycznego serialu zwanego życiem a jego wiecznym zwieńczeniem, nastąpi jeszcze scena zwana potocznie Sądem Ostatecznym. Będzie możliwość osobistego rozliczenia się z każdego słowa, a nawet każdej myśli, dostanę szansę na pełną rehabilitację, choć z pewnością nie będzie to ani miłe, ani łatwe.

Mam mocne podstawy do nadziei na ostateczny „happy end”, ale o tym napiszę innym razem. Tymczasem czuję potrzebę śpiewania razem z psalmistą, jakkolwiek zabrzmi to w kontekście dzisiejszego tematu trochę dziwnie: „Dziękuję Ci Boże, żeś mnie tak cudownie stworzył, godne podziwu są Twe dzieła”.