Gdy swój swego bije…

1200px-Francisco_de_Goya_y_Lucientes_-_Duelo_a_garrotazos

Miałem okazję widzieć powyższy obraz w oryginale, ale jak to bywa w muzeum, zwłaszcza takim jak madryckie Prado, gdzie stężenie arcydzieł na metr kwadratowy przerasta przeciętnego odbiorcę, umknął mi ważny szczegół tam zawarty. Dopiero piosenka Jacka Kaczmarskiego „Okładający się kijami” z 2000 roku nawiązująca do tego dzieła, zwróciła moją uwagę, że ci dwaj chłopi z kijami w dłoniach, nie stoją na ziemi, ale są w niej po kolana zakopani, aby żaden z nich nie mógł uciec, bójka musi się zakończyć śmiercią przynajmniej jednego z nich.

Patrzę na obraz, słucham piosenki, myślę sobie: historia smutna, ale odległa. Brat bije brata, płynie krew, więc poleją się i łzy, bo mężczyźni mają pewnie żony i dzieci. Przyznaję, że nie szkoda mi samych pałkarzy, niech się biją skoro są głupi. Taka walka to element selekcji naturalnej w przyrodzie, gdybyśmy podlegali tylko naturze, ludzie głupi prawdopodobnie wyginęliby już dawno. Niestety, takie bójki wygrywają nie mądrzejsi, ale silniejsi i sprytniejsi, którzy lepiej opanowali narzędzie walki, czyli kij. Nawet nie cep, bo to już urządzenie bardziej skomplikowane, wymagające wyższej techniki. A tu prosty kij, prosta ręka, prosty cios, prostactwo, wieśniactwo, żadnej finezji, chciałoby się powiedzieć – niech się zatłuką obydwaj. Rodzinie głupków też nie należy specjalnie współczuć, bo stracić głupiego, to strata niewielka, raczej korzyść, a przy okazji całemu światu będzie lżej…

Patrzę na obraz ponownie, słucham piosenki jeszcze raz i stwierdzam: przecież tu nie chodzi o wieśniackie pojedynki. Tak wielki malarz jak Goya nie poświęciłby ani grama farby, a Kaczmarski ani jednej nuty, gdyby chodziło im tylko o opisywanie bijatyk na hiszpańskiej łące. Malarzowi chodziło o ukazanie dramatu wojen bratobójczych toczących się za jego czasów, ich nieuchronności i jednocześnie absurdu. Podobne przekonanie wyraża nasz artysta, ale odnosi się oczywiście do wojenek polsko-polskich, gdzie „swój swego bije”, i do tej pory jakoś końca nie widać, wręcz przeciwnie. Pełne goryczy słowa o swoich rodakach wypowiedział Norwid i trudno odmówić mu racji: „Polacy to społeczność, która nie wojowała myślą”. Wojujemy ze sobą na różne sposoby, szkoda, że nie myślą.

Spoglądam na płótno Goi i wsłuchuję się w piosenkę Kaczmarskiego kolejny raz… Oto czuję, jakbym sam dostał kijem w głowę i jednocześnie w serce. Skoro mnie niechcący trafili, walka musi toczyć się gdzieś bardzo blisko, nie w słonecznej Andaluzji ani na pięknym Mazowszu. Ból i adrenalina oświeca mi umysł, nagle odkrywam, że przecież ja tych bijących się ludzi znam! Niektórych z widzenia, niektórych nawet z imienia. Konkretne osoby! „Ich twarze od wrzasku skarlałe, potężni się czują i wzniośli rachując korzyści i kości bezwzględnym klekotem pałek”. Co to za ludzie, kim są, co ich łączy? Zgrabnie to ujął nasz pieśniarz: „Prócz plucia i stania w rozkroku o niczym nie mają pojęcia; lecz mimo to wierzą głęboko, że czeka ich cud Wniebowzięcia”.

Kaczmarski ma rację. Przyglądam się uważniej tym ludziom i muszę mu przyznać, że faktycznie nie mają o niczym pojęcia, przynajmniej o tym, co w życiu najważniejsze. Nie wiedzą skąd przybyli i dokąd zmierzają, a co za tym idzie – nie wiedzą jak żyć. Nie wiedzą jak żyć, więc żyją byle jak, brzydko, głupio, stadnie, jak przysłowiowe barany. Nie podoba im się, że są baranami, ale nie potrafią tego zmienić, popadają w różnorodne kompleksy, porównują się z innymi, licytują kto z nich jest większym a kto mniejszym baranem. Ich podstawowym błędem jest to, że nie potrafią słuchać, myśleć, przewidywać i budować głębszych relacji międzyludzkich, czują się samotni. Nie byli szanowani, więc i sami nie potrafią okazać żadnego szacunku. Brak im tolerancji, otwartości, zwykłej pogody ducha, taki osobnik musi być nieszczęśliwy. Każdy szczęśliwy człowiek, a nawet tylko radosny czy uśmiechnięty, jest dla nich wyrzutem sumienia, a więc jawi się jako wróg, którego trzeba zaatakować. Podłożem tej agresji jest oczywiście zazdrość, prosty mechanizm  – ja jestem nieszczęśliwy, to dlaczego ty masz być szczęśliwy; nie radzę sobie ze swoim życiem, więc i tobie je utrudnię; nic mi się nie udało, więc i tobie podstawię nogę. Jestem zły, więc będę i złośliwy; zaatakuję cię, uderzę albo przynajmniej opluję, nie będziesz już się tak pięknie uśmiechał; oto typowe zachowanie… karła. Najmocniejszym narzędziem takiego frustrata jest język. Nie trzeba noża ani nawet kija. Posługiwanie się słowem karzeł opanował tylko w takim stopniu, aby można było krzyczeć. Nie przywiązuje wagi do znaczenia słów, bo najczęściej sam ich nie rozumie; nie zamierza słuchać argumentów, bo mogą okazać się zbyt mocne i trzeba będzie przyznać komuś rację, a do tego dopuścić nie może; w razie czego trzeba zmieniać temat, by atakować ciągle. Gdy brakuje argumentów, trzeba podnieść głos, karzeł nie zna siły słowa, zna tylko siłę głosu, siłę krzyku. Krzyczę więc jestem! Gdy słabnie siła krzyku, trzeba się połączyć z podobnymi, zebrać do kupy. Tak, prawdziwa siła rażenia jest w kupie! Dopiero wielką kupę widać, słychać i czuć! Bełkot, zamieszanie, afera, o to właśnie chodzi!

Słyszę ten wrzask, ciosy z pola walki rykoszetem trafiają w moje serce, ale co mogę zrobić? Jakoś nie umiem sobie powiedzieć „niech się zatłuką na śmierć”, z drugiej strony wiem, że słowem do nich nie dotrę, przecież nie słuchają, nie czytają, nie rozumieją. Bratobójcze walki uszkodziły im uszy i krew zalewa im oczy. Mam pokusę, by odłożyć w tej chwili delikatne pióro, a chwycić za kij basebolowy i przemówić ich językiem, może by coś dotarło? Wiem, że to tylko złudzenie, musiałbym zejść na ich poziom, używać takich samych metod, czyli stałbym się jednym z nich, powiększyłbym stado, które przed chwilą skrytykowałem. Wybieram więc i sugeruję wszystkim „walkę bez walki”, czyli metodę zastosowną przez Bruce’a Lee w słynnym „Wejściu smoka”. Kto oglądał, z pewnością pamięta, co ów zrobił z agresywnym przeciwnikiem, który chciał mu skoczyć do gardła. Choć Bruce mógł go pokonać jednym uderzeniem, ale zastosował mądrość ludową: „do byka nie podchodź od przodu, do konia od tyłu, a do głupiego nie podchodź wcale”. Każdy mądry człowiek potrafi się od głupiego rywala oddalić, tylko głupcy trwają w uporze jak hiszpańscy wieśniacy zakopani w ziemi. Walka zaczyna się zawsze w sercu i tylko w sercu może znaleźć swoje zakończenie.

Mam cichą nadzieję, że nie wszyscy, którzy biorą udział w walkach, zaangażowali się w nie bez reszty, może trzymają swoje kije, wyostrzone języki, tylko ze strachu, albo na wszelki wypadek, a może tylko dlatego, że taka dzisiaj moda, by kogoś zmiażdżyć, zmasakrować, zaorać, zarżnąć, wyciąć, najlepiej jeszcze publicznie, żeby można było to strzelić fotkę, zamieścić, udostępnić i czekać na gratulacje. Człowieku, jeśli wydaje ci się, że rozwiążesz swoje osobiste problemy walcząc z innymi ludźmi, to zapewniam cię, że jesteś w błędzie. Nie wygrasz tej bitwy, bo nie znalazłeś właściwego wroga, którym jesteś ty sam. Bądź mądry. Nie nie daj się sprowokować zakompleksiałym karłom, stadu potworków, które czyha na twe szczęście. Nie wchodź do ich kupy, bo nie wyjdziesz z niej czysty. Wejdź na inną płaszczyznę życia, w zupełnie inny świat, gdzie znajdziesz ciszę, harmonię, pokój. Wejdź w głębię swego serca. Zarzucą ci, że się wywyższasz, ale tylko dlatego, że nie będą w stanie cię dosięgnąć, będziesz wysoko ponad nimi. Właśnie w ten sposób należy rozumieć radę Pana Jezusa, aby nadstawić drugi policzek, gdy cię uderzą w pierwszy. Nadstawiaj spokojnie, niech podskakują, niech warczą, niech plują, niech wymachują swoją szabelką, kijkiem, a nawet długim cepem. Ciebie to nie dotknie, bo będziesz na poziomie, do którego oni nie mają dostępu, choćby podskakiwali z całych sił. Pamiętaj słowa Kaczmarskiego, że oni „prócz plucia i stania w rozkroku o niczym nie mają pojęcia”. Nie wiedzą, że z każdego słowa będą rozliczeni, bo Ktoś cię bardzo kocha i policzył każdą twoją łzę.

Mam wreszcie nadzieję, jeszcze cichszą, że nawet stary bojownik, który stracił już wszystkie zęby na bratobójczych bijatykach, jakimś cudem walnie się kiedyś w swoją głowę i zrozumie, że kij w jego dłoni był zawsze, jest teraz i zawsze będzie najprawdziwszym kijem – samobijem.